10 lipca 2020

Swojsko o... jodzie

Czyli dlaczego góral powinien jechać nad morze

Wakacje w pełni, słońce wysoko, egzaminy za nami – w końcu można się w spokoju rozmarzyć i odpowiedzieć sobie na pytanie: w góry czy nad morze? Mieszkamy w górach, więc dla odmiany większość wybierze płaski krajobraz, a ja utwierdzę Was dziś w przekonaniu, że jednak morze i to najlepiej kilkaset metrów od wybrzeża!

Natura nie jest tak  do końca sprawiedliwa. Poskąpiła nam, góralom, ważnego pierwiastka, jakim jest jod. Za to dała go marynarzom – pewnie jako rekompensata za monotonny krajobraz J Dlaczego jod jest taki ważny? Już wyjaśniam.

Każdy z nas ma tarczycę. Produkuje ona hormony, które regulują naszą przemianę materii, podczas wysiłku pozwalają lepiej wykorzystać glukozę, czyli zwiększają produkcję energii, przyspieszają spalanie tkanki tłuszczowej, odpowiadają również za nasz rozwój psychiczny, a zanim się urodzimy – wpływają między innymi na rozwój kory mózgowej. Żeby tarczyca mogła wyprodukować te hormony, wchłania i magazynuje potrzebny do tego jod. Nie w jakichś super mega dawkach! To pierwiastek śladowy. A mimo to mamy niedobory. Jeżeli w krwi będzie mało jodu, tarczyca będzie się powiększała, żeby możliwie największą powierzchnią filtrować krew i wyłapywać jod.

Cały problem w tym, że jest niewiele produktów spożywczych, które zawierają jod. Są to morskie ryby, gruszki czy czereśnie – ale kto cały rok je gruszki? Na pewno niejeden wskaże tutaj sól jodowaną jako źródło jodu – zmartwię Was: jod dodawany do soli kuchennej paruje niczym wypłata z konta i po około miesiącu od otwarcia opakowania jodu tam nie uświadczymy. Dodatkowo jeżeli w organizmie mamy za dużo chloru, boru lub fluoru (a tego ostatniego mamy za dużo, gdy myjemy zęby pastą z fluorem – dzienne zapotrzebowanie na fluor zapewniamy już jedną szklanką czarnej herbaty lub kawy), wchłanianie jodu jest upośledzone.

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna rola naszego bohatera: chroni nas przed reakcjami uczuleniowymi. Jeżeli do naszego organizmu dostanie się obce białko, które zazwyczaj jest atakowane przez limfocyty i może być przyczyną wszelakich chorób autoimmunologicznych, jod otacza takie białko i pozwala organizmowi bezpiecznie się go pozbyć, bez niepotrzebnych wojen z udziałem limfocytów. Suplementacja jodem może zatem załagodzić przebieg alergii, a choroba autoimmunologiczna może okazać się zwyczajnym objawem braku jodu.

I teraz część istotna dla kobiet: w ciągu cyklu miesięcznego piersi zmieniają się. Na początku powstają komórki, które – gdy nie dojdzie do zapłodnienia – muszą obumrzeć (bo nie są już do niczego potrzebne) żeby w kolejnym cyklu mogły powstać nowe. I tak co miesiąc. I teraz zagadka – jaki pierwiastek gra ogromną rolę w obumieraniu tych (i nie tylko tych) komórek? Bingo! To nasz jod. Jeżeli zabraknie jodu, komórki nie będą mogły w prawidłowy i naturalny sposób obumrzeć, może dojść do ich nawarstwiania, co może skutkować fibrocystozą piersi lub nawet zmianami nowotworowymi. Podobnie z resztą z cystami jajników. Bolesne miesiączki również mogą wynikać z niedoboru jodu (zamiast sięgać po paracetamole sięgnijmy po jod). Kobieta potrzebuje zatem o wiele większej dawki jodu, niż mężczyzna.

I w tym momencie każdy jest żądny konkretów: ile i jak. Według oficjalnych danych zaleca się zależnie od płci, wieku i wagi od 40 do około 300 mikrogramów (nie miligramów!) jodu dziennie. Naturopaci zalecają jednak dawki suplementacyjne (przez krótki okres) na przykład dla kobiet do 14 mg (teraz już miligramów) dziennie. I skąd ten jod brać w Beskidach, jeżeli akurat nie wybieramy się nad morze? Nad morzem jod może zostać wchłonięty ot, tak z powietrza – tarczyca będzie pobierała tyle jodu, ile akurat jej potrzeba, więcej nie wchłonie. To dlatego po wybuchu w Czarnobylu piliśmy fioletowy płyn lugola, żeby wysycić tarczycę „dobrym” jodem, żeby nie przyszła jej przypadkiem chęć wchłaniania radioaktywnego jodu z powietrza. No dobrze, nie każdy wybiera się przecież nad morze, są jeszcze jeziora, góry, pustynie… W takim przypadku polecam wymieniony wcześniej płyn lugola (oryginalny płyn miał 5% stężenia jodu, z niezrozumiałych przyczyn w aptece dostępny jest dzisiaj tylko 3% roztwór, a i tak ostatnio pani farmaceutka była zdziwiona, że szukam jakichś przestarzałych preparatów… Czyżby fizjologia człowieka na przestrzeni ostatnich 40 lat uległa jakiejś zmianie?). Według naturopatów należy pić 1-3 kropelki w ½ szklanki wody albo rozsmarować sobie na skórze 20-40 kropli - przez skórę wchłania się tylko około 10% jodu. Im szybciej żółtawa plamka będzie znikała, tym większy niedobór jodu będzie to oznaczało. Nie ma się jednak co martwić, tylko pakować do walizki olejek z nasion marchewki (pamiętacie o nim?) i jechać w górę mapy cieszyć się słońcem i jodem, a w drodze powrotnej zaopatrzyć się w płyn lugola i stosować go przy przeglądaniu wakacyjnych fotek J

Artykuł na podstawie książki R. Nowaka: „Jod – niechciana prawda” oraz wykładu dr Jorge D. Flechas „Terapie jodem” podczas konferencji „Wiosna zdrowia”, Katowice, 01.04.2017r.

Artykuły z serii: „Swojsko o…” to teksty, które w przystępny sposób przybliżają czytelnikowi zagadnienia z dziedziny zdrowia i jego profilaktyki, odżywiania, suplementacji czy terapii naturalnych. Ze względu na docelowego odbiorcę unikam używania słownictwa naukowego, a zawiłości wyjaśniam w uproszczonych schematach. Zamieszczone treści mają charakter wyłącznie edukacyjny i nie mogą być traktowane jako porada medyczna.